Śmiech dwóch dziewcząt, idących błocistą ścieżką do powozu, zagłuszył rozmowy niektórych mieszkańców. Zbesztane za niepoprawne zachowanie nieco ucichły, ale nie zamierzały rezygnować z dobrej zabawy.
- Ależ wspaniale! – krzyknęła Anna van der Vaart, z trudem utrzymując równowagę. Jej policzki zarumieniły się od chłodu, a mózg funkcjonował znacznie wolniej przez nadmierną ilość wypitego alkoholu.
- No ba! – zawtórowała jej ochoczo Elise McFadden, która, wprawdzie się nie upiła, lecz udzielał jej się dobry humor przyjaciółki. Anna zachwiała się niebezpiecznie i Elise musiała złapać ją za rękaw.
- Ha, ha, ha! – Obłąkańczy śmiech Anny starał się coraz bardziej niepokojący. Doszły wreszcie do karety i Anna, z pomocą rosłego, całkiem przystojnego mężczyzny, wspięła się po schodkach do środka. Elise odwróciła się jeszcze; w oddali dojrzała sylwetkę Williama, którą targała złość. Wobec tego postanowiła odjechać, nie żegnając się z nim, aby nie przysporzyć mu więcej kłopotów. Chwyciła blondyna za rękę i wspięła się na pierwszy schodek, kiedy usłyszała nawoływania.
- Elise! Elise, zaczekaj! – William biegł przez trawę, krzycząc coraz głośniej. W końcu stanął przy powozie i skłonił się przed paniami. – Czy mógłbym jeszcze z tobą porozmawiać? Obiecuję, że odwiozę panienkę przed zmierzchem. Całą i zdrową – dodał, patrząc to na Annę, to na Elise. Anna pokiwała głową w milczeniu, wobec tego William nie widział już żadnych przeszkód. Chwycił Elise w talii, zanim zdążyła wypowiedzieć choćby słowo, i postawił na ziemi. Drzwi zamknęły się, a kareta odjechała, zostawiając Elise samą sobie.
- O co chodzi? – spytała dość chłodnym tonem i poprawiła fałdy sukienki. William nadal rozmyślał o tym, jak lekka jest w jego rękach, dlatego zrobił zdziwioną minę. – Nie udawaj głupiego, panie Johnson – zwróciła mu uwagę Elise, idąc przed siebie. – Jeszcze zdążę ich dogonić…
- Stój. – William chwycił ją za nadgarstek. Zrobił to na tyle mocno, że poczuła piekący ból i wyrwała mu rękę z uścisku.
- Oszalałeś? – krzyknęła, mierząc go wzrokiem. Ogień płonął w jej chłodnych zazwyczaj oczach, dlatego cofnął się o parę kroków.
- Elise, przepraszam, nie kłóćmy się już. – Spuścił głowę w pokutnym czynie i złagodził znacznie ton. – Muszę ci coś powiedzieć. Ja, ty… oczarowałaś mnie, Elise.
Dziewczyna spojrzała na niego, zdziwiona. Wiatr rozwiał jej włosy, które teraz swobodnie unosiły się w powietrzu, czyniąc wokół niej coś, niczym poświatę.
- Ja nie wiem co…
- Nic nie mów. – William zbliżył się do niej i położył rękę na ramieniu. – Tak będzie lepiej.
Elise czuła się dziwnie, gdy tak stała naprzeciw niego, nie wiedząc co ma zrobić. Przed oczami, kolejno, stawały jej różne obrazy: ona i William rozmawiający o książkach, Anna, z pasją opowiadająca o swej miłości do pana Johnsona, wreszcie, Martin ze zbożem w ustach. Odległość między nimi oszacowała na około pięć centymetrów, dlatego poczuła zbliżające się niebezpieczeństwo.
- Nie mogę – powiedziała cicho, wbijając wzrok w ziemię. Cała pewność siebie, którą emanowała jeszcze przed paroma minutami, wyparowała, a zastąpiły ją kłujące wyrzuty sumienia. – Nie, po prostu…
William machnął dłonią i przycisnął ją do siebie, gładząc czule po włosach.
- Ja też nie. – Jego głos brzmiał pewniej i silniej niż zazwyczaj. – Ale muszę.
Widziała, jak jego miękkie usta zbliżają się do jej własnych, dlatego, sama nie wiedząc co czyni, poderwała szybko rękę i uderzyła go w twarz.
William spojrzał na nią zdziwiony, lecz, co ją z kolei zaskoczyło, wcale nie rozgniewany.
- Ona cię kocha, rozumiesz? – krzyknęła, a z jej oczu trysnęła fontanna łez. – Ja nie jestem tą odpowiednią…
- Ależ jesteś, Elise! Isabelle jest piękna, to fakt, ale bezwartościowa! – odparł, rozcierając bolący policzek.
Elise spojrzała na niego dziwnie.
- Isabelle? O czym ty mówisz? Przecież chodzi o Annę, zawsze o nią chodziło!
William upadł na kolana, zdając sobie sprawę z kolosalnego błędu, jaki właśnie popełnił.
- Och, nic, Elise, nic, przepraszam, przepraszam!
Patrzył przed siebie, ale jej już nie było.

Elise biegła przez pola jak oszalała, na przemian wybuchając gwałtownym płaczem i obłąkańczym śmiechem, aż w końcu się przewróciła. Leżała na ziemi, czując rozdzierający ból w lewym kolanie. Spojrzała na nogę i zobaczyła cieknącą po niej szkarłatną strużkę krwi; od samego widoku rany zrobiło jej się słabo. Zignorowała też fakt, że jej sukienka była podarta w kilku miejscach i teraz nadawała się tylko do wyrzucenia. Próbowała unieść się na rękach, lecz te nie były wystarczająco silne, dlatego poddała się i położyła głowę na trawie. Nienawidziła tej bezsilności, która właśnie się w niej zalęgła, lecz tak samo nienawidziła i Williama. Dlaczego, dlaczego?, biedna, kochana Anna zaprzedała mu swe serce, nie wiedziała. Może i sprawiał wrażenie przystojnego i czarującego, ale przecież pozory mylą, a ona niejednokrotnie się o tym przekonała. Na niebie, jak na złość, zebrały się atramentowe chmury. Elise wiedziała, że zaraz zacznie kapać z nich deszcz i rzeczywiście; po chwili tonęła w kałuży.
Przygotowała się do myśli, że umrze, pozostawiona tutaj, bez śladów ludzkiej obecności. Nawet jeśli nie pogrzebie jej woda, to zrobi to ból, który dawał się we znaki coraz mocniej, aż musiała zacisnąć zęby, bo czuła, że niedługo eksploduje. Zresztą i bez tego było jej niedaleko do wybuchu, bo przeistoczyła się w kłębek nerwów, a to wszystko przez tego, tego…Williama.
Tego, który stał nad nią teraz z ogłupiałą miną, doprowadzającą ją na skraj rozpaczy.
Tego, który nie zważając na protesty, wziął jej obolałe ciało na ręce i niósł z determinacją, wypisaną na twarzy.
Tego, który ignorował wszystkie kuksańce, niektóre nawet bolesne, a przecież uderzała w jego brzuch co chwilę.
- Zostaw mnie! – krzyknęła mu w twarz, a minę miała taką, jakby chciała na niego splunąć. Z pewnością, gdyby była nadal Lisą Fox w męskich spodniach i za dużej koszuli by to zrobiła. Ale teraz nie miała na to sił.
- Nie. – Jego ton nie dopuszczał do siebie najmniejszego sprzeciwu. Elise dojrzała na tej przystojnej twarzy szramę, którą wykonała własnoręcznie i ogarnęło ją uczucie satysfakcji. – Chcesz wiedzieć, dlaczego nie jestem z Anną? Chcesz?
Jeżeli myślał, że się zlęknie i zapłacze rzewnie w wykrochmaloną, ozdobioną haftami chusteczkę, to się mylił. Uniosła dumnie brodę i powiedziała, z wplecioną nie przypadkiem nutką bezczelności:
- Chcę.
William odkaszlnął i spojrzał jej w oczy.
- Gdyby ktoś od samego dzieciństwa wmawiał ci, że jesteś przeznaczona mężczyźnie, którego nawet nie znasz, jakbyś się do tego nastawiła? Moi rodzice chcieli, abym poślubił Annę tylko z jednego powodu: bo jest bogata. Oczywiście, gdy ją zobaczyłem byłem zachwycony. Myślałem, że trafiła mi się najpiękniejsza kobieta na całym świecie. Ale to wrażenie było mylne; Anna nie reprezentowała sobą nic, co by mnie zaskoczyło czy zainteresowało. A jej uwielbienie w stosunku do mnie tylko pogarszało sytuację. – Przewrócił oczami. – Nie mówię, że Anna nie byłaby dobrą żoną i może matką, ale… Ale ona nie jest dla mnie. Tyle.
Niedaleko nich stał powóz Johnsonów; na jego widok oboje odetchnęli z ulgą. Jednak Elise nadal nie znalazła odpowiedzi na wszystkie swoje pytania, toteż, wpatrując się w niego nieco pogodniejszym wzrokiem, drążyła:
- Ale to nie upoważnia cię do wdawania się w bliższe stosunki z panną Isabelle!
- Racja. Isabelle była dla mnie ostatnią deską ratunku i być może ją wykorzystałem. – Umilkł na chwilę. – Ale nie sądzę, żeby się tym przejęła.
Woźnica Johnsonów miał rudawe włosy i kilka zmarszczek na czole, acz robił całkiem miłe wrażenie. William nakazał mu posadzić ranną pannę McFadden i nakryć ją pledem, gdyż się przemoczyła. Sam wsiadł chwilę później i spoczął naprzeciw dziewczyny, która oddychała ciężej przez piekącą ranę.
- Boli? – spytał kulawo, patrząc na grymas, który wykwitł na jej twarzy.
- A jak myślisz?
Kucnął na podłodze obok niej i chwycił łydkę Elise. Była zakrwawiona i posiniaczona. William oderwał kawałek jej sukni, przepraszając łagodnym spojrzeniem, i owinął wokół rany.
- To powinno zatamować krwawienie, ale nie jestem medykiem, więc dokładnie się na tym nie znam.
Elise podziękowała mu bezgłośnie; widział, jak bardzo jest zmęczona.
- Gdzie jedziemy? – spytała jeszcze, lokując się wygodniej na posłaniu.
- Do mojego domu. Nie mogę cię pokazać van der Vaartom w takim stanie.
Zasnęła, wykończona bólem i nadmiarem uczuć, które się w niej kotłowały.



napisałam to już ponad dwa miesiące temu, ale mam taki chaos w życiu uczuciowym i towarzyskim, że dopiero teraz publikuję.
kocham was i wielbię, ave!
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
tagi:
Wiecie, że Was bardzobardzo uwielbiam? Jesteście naprawdę mili, a Wasze komentarze sprawiają, że coraz chętniej siadam do pisania.
Notki (na razie) będą ukazywać się co tydzień, ale później zwolnię tempo.
Rozumiecie, szkoła, sprawdziany, szkoła, kartkówki, szkoła.
Za wytknięcie wszelkich błędów całuję w stópki.
Smacznego.

Słońce, przebiwszy się przez szklaną przeszkodę w postaci okna, głaskało swymi promykami ciało śpiącej Elise. Rozświetliło cały nowy pokój dziewczyny, nadało łagodniejszy wyraz pastelowym barwom ścian, ożywiło impresjonistyczne obrazy.
Dzień już dawno wstał, a teraz budził Elise.
Poruszyła się, odgarniając kołdrę, korzystając z ostatków snu, które jej pozostały i wreszcie otworzyła oczy. Powitało ją łagodne niebo, niezmierzony błękit, przykryty gdzieniegdzie białymi obłokami.
- To jest prawdziwe piękno, a nie drogie biżuterie i suknie, i cały ten fałsz, którego tu co nie miara – powiedziała do siebie i otworzyła bukową szafę. Miała teraz w czym wybierać; różne wzory, tkaniny i barwy stały przed nią otworem, a jednak zadowoliła się jedną z najskromniejszych sukni w odcieniu zgaszonej zieleni.
- Dzień dobry. – Anna, cała w różu, stała w drzwiach z lekkim uśmiechem na ustach. Wyglądała jak baśniowa księżniczka. – Zaraz jedziemy na przejażdżkę. Ubierz się i zejdź na dół. Musimy przecież skorzystać z uroków pogody. – Oddaliła się, sunąc po gładkiej podłodze. Elise zrzuciła koszulę nocną, włożyła wybraną przez siebie sukienkę i zacieśniła gorset, jak uczyła ją Anna. „Im węższa talia, tym bardziej będziesz pożądana”, mawiała, wskazując na różne kobiety. Następnie wygładziła szczotką swe długie włosy i zeszła na dół. Przed domem stał już powóz; piękne konie były zaprzężone, a woźnica niecierpliwie stukał batem. Elise podeszła do Anny, a jeden z mężczyzn pomógł im wsiąść do środka. Jadąc, wcale nie rozmawiały; milczenie miało dziś pozytywne znaczenie i było postrzegane jako oczekiwanie na rozrywkę. Elise patrzyła na mijane przez nie malownicze pola, której kojarzyły jej się z Martinem. Właśnie, Martin! Zupełnie o nim zapomniała przez to zamieszanie, związane z jej przemianą.
- Kto teraz przynosi mleko do posiadłości? – spytała więc Anny, odrywając wzrok od krajobrazu.
- Jasmine, ta piętnastoletnia dziewczyna, chyba ją znasz.
Oczywiście, że znała. Jasmine miała włosy czarne jak sadza i ładne, migdałowe oczy. Poczuła ukłucie w sercu na samą myśl o tym, że mogła spotykać się z Martinem. Wiedziała, jak działają na niego takie impulsy z zewnątrz.
- A dlaczego pytasz? – Anna poprawiła swój biały kapelusz z różową wstążką, chroniący przed niepotrzebnymi promieniami słonecznym i, nie daj Boże, opalenizną.
- Zupełnie bez powodu.
Powóz stanął, a obie panienki zgrabnie z niego wysiadły. Przed nimi rozciągała się zielona, piękna trawa, na której czekali już inni uczestnicy zabaw.
Elise zauważyła Williama, który palił papierosa i rozmawiał z jakimś starszym człowiekiem. Wyprostowała się dumnie i ruszyła ramię w ramię z Anną.
Wiedziała, że ją zauważył; podeszła więc do Paolo, aby się z nim przywitać.
- Dzień dobry – dygnęła przed nim, uśmiechając się słodko. Paolo, zbity z tropu, odwzajemnił uśmiech.
- Widzę, że znów się spotykamy. Jak panience dopisuje humor?
Elise wygładziła materiał na rękawie i rzekła:
- Iście wyborny. Życzę miłej zabawy. – Minęła go i poczuła czyjąś rękę na swoim ramieniu. Twarz Williama miała teraz śmieszną, lekko czerwoną barwę, wyglądał, jakby coś się w nim gotowało.
- Witam – powiedział oficjalnie, odciągając ją na bok. – Dlaczego panienka mnie unika, czyżbym…?
- Ależ skądże. – Elise zdjęła jego rękę z ramienia. – Czy startuje pan w tym przedsięwzięciu?
- To się nazywa polo – odparł z miną znawcy. – I tak, biorę w tym udział, bo trening, czy, jak kto woli, praktyka czyni mistrza.
- A teoria? – zapytała ze śmiechem, siadając na jednym z krzesełek. Usadowił się obok niej i wyjął paczkę z papierosami.
- Teoria przygotowuje do praktyki. Zapali pani?
Elise skrzywiła się nieznacznie i machnęła ręką.
- Nie zawsze, ale ładnie pan z tego wybrnął. Co do palenia: nie, nie teraz i nigdy, nie chcę zatruwać środowiska i swojego organizmu i proszę, aby pan też tego nie robił. Przynajmniej nie w moim towarzystwie.
William odburknął coś pod nosem, ale schował paczuszkę do kieszeni.
- Piękną mamy dziś pogodę, nieprawdaż? – powiedział, patrząc na swoją towarzyszkę. Jej prawy profil prezentował się naprawdę dobrze, miała taki charakterystyczny nos jak… umknęło mu to z pamięci.
- Cóż za imponująca zmiana tematu – odparła z ironią. Gdy nikt nie patrzył zdjęła kapelusz i położyła go obok siebie, wystawiając twarz do słońca. Wiatr czule gładził jej skórę, poruszał włosami, dawał jej na chwilkę poczucie wolności, którego tak rzadko doświadczała. – Chce pan wybrać coś neutralnego, jak rozumiem – kontynuowała. William pragnął ze wszystkich sił, żeby obrzuciła go choć jednym, przelotnym spojrzeniem, choćby miało być nie wiem jak pogardliwe. Jednak ona uparcie wpatrywała się to w interesujące niebo lub, dla odmiany, w soczystą trawę.
- Niekoniecznie. Co panienka najchętniej czyta? – zapytał od niechcenia. Nareszcie jej hipnotyzujące oczy spoczęły na jego sylwetce. Na jej twarzy jasnymi barwami wymalowało się zdziwienie, które dało mu poczucie satysfakcji.
- Szekspira – odparła, nie bez namysłu i zwilżyła wargi.
- Dlaczego? – zapytał, kładąc rękę na jej kapeluszu. Zobaczyła to, lecz ani drgnęła; za bardzo zajęta była formułowaniem odpowiedzi.
- Bo Szekspir nie mydli nam oczu, ukazuje prawdę, choć tak brutalną i przez niektórych niepożądaną. Słowami maluje obrazy, a metafor używa tyle, że można by obdarować każdego i jeszcze byłoby mało. – Westchnęła z rozkoszą. – A pan?
William już zbierał się, aby odpowiedzieć, kiedy przed nimi stanęły Isabelle oraz Elizabeth Morgan. Obie w kosztownych sukniach z ogromnymi dekoltami, prezentującymi to, co miały najlepsze.
- Will, Will, Will – rzekła Isabelle rozkosznym tonem. – Widzę, że przepadasz za towarzystwem Elise, – tu skinęła do niej głową – lecz my chcemy na chwilkę cię porwać. Wybacz, Lis.
William podniósł się niechętnie i podał jej kapelusz. Elise nawet nie zauważyła, że w jego dłoni nadal leżała niebieska wstążka, którą sobie wziął. Na pamiątkę tego spotkania.

- Wszyscy plotkują… - zaczęła Isabelle, kiedy pozbyli się Elizabeth i wreszcie rozmawiali samotnie, schowani pod ogromnym dębem.
- Przestań – uciął William. – Ludzie robią to dlatego, że nam zazdroszczą. I pragną jakiejś rozrywki.
Isabelle nadęła się i niezadowolona powiedziała coś cicho.
- Kochanie… pamiętasz, że wyjeżdżamy, prawda? Odliczam dni do tego wydarzenia i już nie mogę wytrzymać… - Przysunęła swą gładką twarz do tej, należącej do niego.
- Isabelle! – krzyknął wściekły, odpychając ją nieco. – Ludzie patrzą, co ty sobie myślisz.
- Jesteś głupi, jeśli sądzisz, że masz szanse u panienki McFadden. Zresztą, nie widzisz jej opalonej skóry, szorstkich rąk i nie najlepszej wymowy? Ona jest zwyczajnie nieatrakcyjna.
- Ona jest prawdziwa – powiedział William, wdychając świeże powietrze. – A nie taka jak ty.
Odszedł, zostawiając ją w osłupieniu.

Gra w polo nie zachwyciła kręgu kobiet, które, zamiast patrzeć na popisy swoich mężów i narzeczonych, wolały rozmawiać i popijać herbatę. Anna i Elise usiadły razem z nimi i dyskutowały o zupełnie niewinnych rzeczach: wyszywaniu, gotowaniu i nowych tkaninach, sprowadzonych z Europy.
- Elise, on ciebie pragnie – szepnęła Anna, zasłaniając ręką usta. Elise zachłysnęła się herbatą, a jej twarz nabrała odcienia purpury.
- Nieprawda, to tylko niewinne gadki, nic poważnego.
- Nie gadaj – powiedziała Anna, a jej różowa suknia zaszeleściła. Wszystko w niej było tak ładne, tak delikatne. Anna sprawiała wrażenie rzeźby, którą warto podziwiać, lecz której nie można dotknąć. Może dlatego zniechęciła do siebie Williama. – A ty? Też jego pragniesz?
Na to pytanie Elise nie potrafiła udzielić odpowiedzi. Właśnie, czy go pragnęła?

Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
tagi:
Zapraszamy wszystkich na uroczyste wprowadzenie nowej damy do elitarnego grona. Przyjęcie rozpocznie się o godzinie osiemnastej. Mile widziane dobre maniery i ładny uśmiech. Z poważaniem i uściskami,
Adam, Grace oraz Anna van der Vaar.



- Ściśnij mocniej! – krzyknęła Isabelle, zerkając na swoje odbicie w zwierciadle. Kasztanowe, lśniące włosy do pasa puściła wolno, aby każdy mógł zobaczyć ich doskonałość; na rękę włożyła bransoletkę, wysadzaną diamentami, a w uszy okazałe kolczyki ze złota. Miejscowy znawca mody polecił jej paryską, ciemnozieloną tkaninę, jak twierdził „pod kolor jej oczu”, z której uszył cudowną, zwiewną suknię.
- Panienko, już bardziej się nie da – wymamrotała służąca o myszowatych włosach i nieciekawej sylwetce. Dygnęła przed Isabelle i czym prędzej wybiegła z pokoju, nie chcąc przysparzać sobie kłopotu, a tamtej gniewu. „Ciekawe co na mój widok pomyśli William” dumała, zachwycając się idealnymi proporcjami. Chwilę później przyszedł do niej sługa z obrzydliwie drogim futrem. Wyruszyła na bal, który miał nieść ze sobą wiele niespodzianek.

Ogród van der Vaarów, jak na złość, wyglądał okazalej niż zazwyczaj; trawa raziła w oczy swą nieprzeciętną zielenią, róże, stokrotki i tulipany tworzyły rodzinną atmosferę i wypełniały powietrze przemiłym zapachem, a stojąca w centrum huśtawka zachęcała do szampańskiej zabawy. Chodnik, zrobiony z białych, koszmarnie drogich płyt, był nieco śliski, toteż William musiał bardzo się starać, aby utrzymać równowagę. Doszedł jednak do ogromnych drzwi i zapukał, siląc się na uśmiech. Otworzyła mu młoda służąca, może piętnastoletnia i poprowadziła w stronę hallu. Pierwszą rzeczą, która rzuciła mu się w oczy, był dywan, prowadzący do czterech złotych krzeseł. Ściany zdobiły najróżniejsze gobeliny, biało – złote szarfy i płonące świece. W tłumie ludzi William dojrzał Isabelle – jak zwykle ze słynną znudzoną miną, papierosem w dłoni i w najodważniejszej sukience - dlatego postanowił skierować ku niej swoje kroki. Był już w połowie drogi, kiedy rozległ się dźwięk trąbek. Schodami maszerowało państwo van der Vaar: Adam, idący dostojnym krokiem, z kilkoma odznakami przypiętymi na piersi; przy nim Grace, robiąca wrażenie w swej złocistej sukni oraz Anna z perfekcyjnym uśmiechem, przyklejonym na twarzy. Goście przywitali ich gromkimi brawami, jak nakazywała etykieta.
- Nie trzeba – odparł grzecznie Adam, machając niecierpliwie ręką. Podał swej żonie dłoń i przywitał gości. Anna stanęła z boku, kątem oka zerkając na Williama. Widziała jego cierpiętniczą minę, to, że najchętniej by stąd wyszedł, nawet się z nią nie witając. Wtem zgaszono wszystkie świece i znów słychać było trąbkę, tym razem w nieco bardziej malowniczej melodii. Na schodach, trzymając się poręczy, stanęła wysoka niewiasta, a przynajmniej tak wywnioskowali z jej kształtów. Ogień zapłonął ponownie, a ich oczom ukazała się śliczna blondynka w białej sukni. Miała, jak to skwitowała jedna z dam, trochę zbyt opaloną skórę, jednak ten odcień wspaniale kontrastował z kolorem ubrania.
- Kto to? – zapytał zdziwiony William swojego przyjaciela, Paolo Vieirę, przybysza z Włoch.
- Nie wiem – odrzekł, wpatrując się w dziewczynę. Ta dołączyła do Anny i przeszła z nią przez salę do złotych krzeseł. Zasiadły obok Grace, kiedy z miejsca podniósł się Adam.
- Zebraliśmy się tu – zaczął uroczyście – aby włączyć do naszego grona nową damę. Poznajcie państwo Elise McFadden, kuzynkę mej córki, która przyjechała do nas z odległej – odchrząknął – Kalifornii. Gratuluję szczęściarzowi, który zatańczy z nią pierwszy taniec. A teraz – bawmy się!
W sali zaszumiało od rozmów i plotek na temat nowej. Paolo, mrugnąwszy do Williama, skierował swe kroki ku Elise, która omawiała coś z Anną.
- Panie. – Ukłonił się przed nimi. – Panienko Elise, czy zechciałaby pani zaszczycić mnie partnerowaniem w tańcu?
Elise wstała i obdarzyła go ładnym uśmiechem.
- Ależ oczywiście, panie…
- … Paolo Vieira.
Przeszli razem na sam środek sali i poczęli wirować w tańcu.
- Jak tak piękna osoba jak panienka mogła tak długo się przed nami skrywać? – zaczął Paolo, kładąc rękę na jej plecach.
Elise parsknęła śmiechem.
- Nie przesadzajmy, panie Vieira. Widać, musi mieć pan mało doświadczeń z kobietami lub chce wywrzeć na mnie pozytywne wrażenie. Ale nie tędy droga. – Zagrzechotała bransoletką, akcentując ostatnie zdanie.
Paolo spojrzał na nią z zaskoczeniem i przysunął bliżej siebie.
- A co panienka woli? Konkrety…?
Elise strzepnęła jego dłonie, podziękowała za taniec i wyszła z sali. Paolo wrócił do Williama, wyraźnie niezadowolony.
- I jak było? – spytał pan Johnson, podśmiewając się w duchu.
- Ona jest jakaś inna, zresztą, sam sprawdź.
William przeszedł przez środek do jednych z bocznych drzwi, po drodze mijając Isabelle. Spojrzała na niego złaknionym wzrokiem, aczkolwiek on miał teraz misję do spełnienia. Elise opierała się o zimną ścianę i rozkoszowała świeżym powietrzem. Z bliska podobała mu się jeszcze bardziej; była jak egzotyczny ptak wśród gołębi.
Przywitał się z nią skinieniem głowy – nawet nie zaszczyciła go spojrzeniem.
- Pan też przyszedł sprawdzić moje chęci? Dziękuję, nie jestem takimi badaniami zainteresowana – powiedziała z ironią, ciężej oddychając.
William zdziwił się jej agresywnym nastawieniem – widać, Paolo bardzo ją zdenerwował.
- Ależ skądże, panienko… - Niewinnie pokręcił ramionami.
- McFadden. Niech pan nie udaje, że nie zapamiętał, panie…?
- Johnson, William Johnson – przedstawił się. – A gdzież pani maniery?
- I bez nich da się żyć – odparła, zmierzając ku ogrodowi. – Chyba już pana zostawię.
William przebiegł parę kroków i złapał ją za ramię. Z jej oczu sypały się iskry, a obsypany piegami nos zmarszczył się mimowolnie. Elise miała niebieskie, a właściwie niebiańskie tęczówki. Ale wcale nie przyrównałby jej do anioła, nie; Elise była po stokroć razy bardziej interesująca niż te bezpłciowe osobniki. Pachniała czekoladą i cynamonem; słodko, kusząco i niewinnie. Jej ciemne blond włosy rozsypały się po szczupłych ramionach, a gdy wiatr mocniej w nie dmuchnął, połaskotały go w twarz.
- Powiedz mi coś o sobie, proszę – rzekł delikatniej, lecz ona przecząco kiwnęła głową.
- Nie, –odparła – bo na takie informacje musiałbyś zasłużyć.
Patrzył jak Elise oddala się od niego; ona, najbardziej intrygujący kwiat w całym ogrodzie.

Anna powoli sączyła swojego szampana, wzrokiem szukała Elise i Williama, którzy gdzieś zniknęli. Zamiast nich dojrzała idącą ku niej Isabelle i powitała ją miłym uśmiechem.
- A gdzie jest…?
- Z Elise, gdzieś poszli – powiedziała ze stoickim spokojem Anna, oblizując wargi. Przez twarz Isabelle przebiegł cień zdziwienia, lecz szybko ustąpił współczuciu.
- Kochanie, jest ci ciężko, prawda? – spytała, gładząc ramię przyjaciółki. Anna spojrzała na nią obojętnie, dopijając resztę alkoholu i odłożyła kieliszek na stolik.
- Każdemu by było, ale ja… radzę sobie. Elise mi pomaga, to kochana dziewczyna.
Isabelle otworzyła usta ze zdziwienia i natychmiast z powrotem je przymknęła.
- Pomaga? W ten sposób? – Wskazała na wracającą z dworu Elise, za którą smętnie ciągnął się William. Dziewczyna miała rumiane policzki od chłodu i nieco rozwiane włosy. Zauważywszy je w kącie skinęła ręką i podążyła w ich stronę.
- Witajcie. – Isabelle oceniła jej głos na „zbyt chropowaty, aby poruszyć czyjekolwiek serce”, ale uśmiechnęła się lekko.
Kiedy Elise stanęła obok nich, oczy Anny napełniły się blaskiem. Przeprosiła Isabelle i razem ze swoją kuzynką usiadła na skórzanej sofie.
- I jak? – spytała nachalnie, ściszając głos. Elise z rezygnacją pokiwała głową.
- Nie sądzę, abym zrobiła na nim dobre wrażenie. Nakrzyczałam na niego – ciągnęła, wzrokiem wywiercając dziurę w posadzce. Anna spojrzała na nią, o dziwo!, zachwycona.
- Podniosłaś na niego głos? Ależ to świetnie, na pewno woli energiczne panienki od wymemłanych kukiełek – stwierdziła z przekąsem.
William stał nieopodal, pił szampana. Znów przybrał całkowicie obojętną postawę i Anna nie zobaczyłaby żadnej różnicy, gdyby nie złapała jego ukradkowych spojrzeń w kierunku panny McFadden. A to dobrze wróżyło na przyszłość.
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
tagi:

Zasada numer trzy: możesz ufać tylko sobie.

niedziela, 10.lutego.2008, 17:00
wiem, strasznie krótko, ale nie martwcie się: mam już napisanych siedem rozdziałów i akcja pobrnie do przodu (;

Ubrawszy śliczną, białą sukienkę ze złotą szarfą i włożywszy najdroższą biżuterię w swoim dotychczasowym, całkiem sporym komplecie, Anna van der Vaart była gotowa na spotkanie z Williamem Johnsonem. Jej zdaniem wizyta, którą właśnie miał złożyć, była proroctwem szybkich zaręczyn. Podekscytowana zbiegła do salonu, na co jej matka rzuciła niezadowolone spojrzenie.
- Anno! – ofuknęła ją, zbliżając się dostojnym krokiem. – Damy nigdy nie zachowują się w ten sposób. Nawet w tak sprzyjających okolicznościach.
Anna przewróciła oczami i zasiadła w wygodnym fotelu. Stąd mogła do woli obserwować okno, za którym lada chwila miała ujrzeć ukochanego.
- Kochanie, - Grace van der Vaart podeszła do niej i położyła rękę na lśniących włosach – uspokój się. Wiem, że się cieszysz, ale zważ na zasady, błagam. – Jej piękna, blada cera i szlachetne rysy nieraz zostały wyróżnione specjalną nagrodą. Grace miała wielu wielbicieli, tych bogatszych i mniej, lecz w końcu zdecydowała się wyjść za aroganckiego, ale majętnego Adama. Sama pochodziła z poważanej w Manhattanie rodziny Hoogenów, więc nie wypadałoby jej wziąć za męża jakiegoś prostaka.
- Pan Johnson zapowiada wizytę – powiedziała Lisa Fox, kłaniając się przed obiema paniami. Grace zauważyła jej poplamione pończochy, na co kiwnęła z dezaprobatą.
- Mam nadzieję, Liso, iż sir Johnson nie widział cię w tym stanie.
- Nie, nie miałam zaszczytu z nim rozmawiać, jednakże zostało mi to przekazane. Zostawię już panie, do widzenia. – Jej ciemne blond włosy opadły swobodnie na ramiona, kiedy pobiegła w stronę własnego pokoju.
- Panienka Fox jest…
- … jest miła – pospieszyła jej z pomocą Anna, mnąc w ręce kawałek sukni. Wtem do salonu wszedł William, jak zwykle robiąc na nich piorunujące wrażenie.
- Dzień dobry paniom – rzekł, szelmowsko się uśmiechając. Anna podniosła się z fotela i skłoniła, czerwieniejąc na twarzy.
- Panie Johnson, Anno, chyba zostawię was samych, wybaczcie. – Grace, wyprostowana i wyniosła, wyszła z pomieszczenia. Anna zasiadła, wskazując inny fotel Williamowi i wbiła w niego wzrok.
- Stwierdzam, iż aura nas dzisiaj nie rozpieszcza – zaczął, drapiąc się po głowie. Inna panna już zwróciłaby mu uwagę, lecz Anna, tak bardzo w nim zakochana, wydawała się tego nie zauważać. – Kiedy pokonywałem trasę od mojego domu do tej posiadłości zauważyłem, że niebo przykryło się chmurami, zasłaniając piękne słońce. Lecz panienka i bez niego prezentuje się wspaniale.
Uprzejmości były głównym punktem towarzyskich spotkań i Anna powinna być do nich przyzwyczajona. Miast tego, zakrztusiła się powietrzem i, chcąc ukryć zażenowanie, spojrzała na zdobioną posadzkę.
- Anno – zwrócił się do niej bezpośrednio William, zerkając na nią kątem oka. – Wyjeżdżam.
Dziewczyna odwzajemniła spojrzenie, gotowa wybuchnąć śmiechem. Słowo, które przed chwilą wypowiedział, było najbardziej niedorzeczną rzeczą, jaką mógł zrobić. Anna była pewna, że to żart, toteż uśmiechnęła się lekko.
- Widzę, że buja pan w obłokach, panie Johnson. Wiadomo, każdy chciałby skosztować nieco egzotyczności, jednak wiemy doskonale, że przy tym układzie jest to niemożliwe. – Jej głos był stanowczy, spleciony z niepożądaną ironią.
- Ależ ja mówię poważnie. Opuszczam Manhattan, wyjeżdżam ze Stanów Zjednoczonych. Chciałem się stąd wyrwać, więc to robię, nie widzę najmniejszych przeszkód.
Anna pobladła gwałtownie i nieco rozluźniła gorset.
- A żona, panie Johnson? A dzieci? – spytała desperacko, patrząc na niego błagalnym wzrokiem. Wszystko szło nie tak. Przecież miał paść przed nią na kolana i prosić o rękę, tymczasem opowiadał jakieś brednie o wyjeździe.
- I bez nich się obejdzie – odpowiedział, lecz niezbyt pewnie, na co Anna wydała z siebie zrezygnowany pisk. Klamka zapadła; jej jedyny kandydat na męża nie chciał, aby mu się oddała.
- Szkoda, aczkolwiek rozumiem pańską decyzję. Wybaczy pan jednak, ponieważ źle się czuję i muszę pana opuścić. Do widzenia, życzę miłej podróży. – Anna wstała i wybiegła z salonu, nie bacząc na maniery. Czuła się poniżona, więc dała upust swym emocjom, płacząc w wyhaftowaną chusteczkę. Nie wiedziała czym zasłużyła sobie na taką wzgardę. Ale miała pojęcie o jednej rzeczy: musiała się zemścić.

- Isabelle, kochanie. – Jego oddech łaskotał płatki jej uszu, kiedy stali, w tym czułym uścisku, zasłonięci płaszczem ciemności. Położył palec na tych pięknie wykrojonych ustach, jakby chciał ją uciszyć.
- Nie powinniśmy się tu spotykać, Williamie. Nie do czasu wyjazdu. Czyż nie możemy tego przyśpieszyć? Umieram, myśląc o tym, że musimy zaczekać jeszcze miesiąc. – Isabelle oparła się o zimną ścianę i odetchnęła pełną piersią. Dreszczyk emocji dodawał smaku ich przygodzie; teraz stała przed nim w samej tylko haleczce, na boso i bez ozdób, żeby podziwiał jej naturalne piękno.
William zaśmiał się cicho i kontynuował konspiracyjnym szeptem:
- Nie możemy, Belle. Pragnę tego tak mocno jak ty, ale czasu nie da się oszukać. – Pogłaskał ją po ramieniu. Isabelle wyrwała się z jego uścisku i ruszyła przed siebie, ażeby obejrzał ją też i z tej strony.
- Jesteś piękna – powiedział z podziwem, wyciągając jakąś paczuszkę z kieszeni.
Isabelle wygładziła swe kasztanowe włosy i usiadła na posłaniu.
- Wiem. Co to jest? – Wskazała palcem zawiniątko. William podszedł do niej i podał jej pudełeczko. Isabelle otworzyła je, a jej oczom ukazał się najprawdziwszy szmaragd na łańcuszku. – To cudowne – jęknęła z zachwytem, chwytając włosy wysoko nad szyją. – Załóż, proszę.
William ucałował jej kark i nałożył podarunek. Wyglądała niesamowicie i szlachetnie, jak prawdziwa dama dworu. Jak godna małżonka Johnsona.
- Podoba ci się? – spytał jeszcze, obejmując ją w pasie. Isabelle zwróciła się przodem do niego i kiwnęła głową; na jej twarzy malowało się wyraźne zadowolenie. – To dobrze – odrzekł, obdarowując ją pocałunkiem. Nie wiedział, że ich życie wcale nie będzie tak malownicze, jak mu się wtedy zdawało.

- Liso, czy nade mną wisi jakaś klątwa? – spytała Anna, wycierając łzy, spływające po jej pociągłej twarzy. Lisa przeczesała jej włosy szczotką i rozkoszowała się rumiankowym zapachem.
- Nie, panienko. Jak widać, panicz Johnson, nie jest panienki wart.
- To już wiem – odparła Anna, kładąc się na posłaniu. Lisa ugniotła jej poduszkę i zerknęła na dziewczynę z zachwytem. – I chyba wreszcie wpadłam na to, jak się zemszczę – ciągnęła, a na jej twarzy po raz pierwszy od czasu felernego spotkania pojawił się uśmiech. – Liso, jesteś gotowa na wkroczenie do nowego świata?


Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
tagi:
- Zaczekaj! – Wysoka, szczupła dziewczyna w męskich, brązowych spodniach i przydużej koszuli przebiegła przez zabłoconą ścieżkę i potknęła się o gałąź, leżącą na drodze. Pomoczywszy odzienie, wybrudziwszy twarz i ręce nie miała nic innego do zrobienia, jak głośne roześmianie się. Jej ciemne blond włosy opadły na pachnącą trawę, kiedy wygodniej ułożyła się na ziemi. Gdy rozkoszowała się jej słodką wonią, przypomniała sobie lata dziecięce – cudowne lenistwo, siano, które wbijało się w jej miękkie plecy i uśmiechniętą twarz Susan. Ale dobre czasy się skończyły, a teraz powinna znaleźć Martina, wziąć od niego kilka butelek mleka i wrócić do domu państwa van der Vaarów, zanim zrobi się za ciemno.
Podniosła się więc z ziemi, otrzepała spodnie i puściła się biegiem wzdłuż pola. Mijała różnobarwne kwiaty, których nazw nie znała, malutkie domki rolników, położone blisko miejsca pracy, gdzieniegdzie spotykała nawet pojedyncze drzewa. Wreszcie natknęła się na osobę, której potrzebowała; Martin siedział na zielonej ławeczce i wymachiwał nogą z zadowoleniem, wymalowanym na twarzy.
- Głupek – mruknęła ze złością i wyrwała mu z ręki parę naczyń, wypełnionych białym płynem. – Ty będziesz się tłumaczył przed van der Vaarami, nie ja. Matko Boska, która to już musi być godzina? – Usiadła obok niego, szybko oddychając.
Martin spojrzał na nią z rozbawieniem i pogłaskał się po czarnej czuprynie. Był wysokim, mocno zbudowanym mężczyzną z ciepłymi, czekoladowymi oczami i czerwonymi ustami, które wydawały się wprost stworzone do całowania. No, może tylko on tak o nich myślał.
- Lisa, przestań. Naprawdę tak bardzo zależy ci na ich opinii? – Jego wzrok zatrzymał się na piegach, którymi obsiany był jej nos.
Lisa wstała i przeczesała palcami swoje rozczochrane włosy.
- Tak, bo u nich pracuję. Idę już. Zmądrzej, Martin. – Odwróciła się, uprzednio patrząc na niego z politowaniem.
To śmieszne, jak dziecinnie się zachowywali. Znali się od małego. Ich domki znajdowały się dziesięć metrów od siebie, dlatego razem spędzali mnóstwo czasu. Jako ośmiolatki robili łańcuchy z kłosów zbóż, gdyż byli znudzeni innymi zajęciami.
Kiedy mieli lat czternaście opowiadali sobie straszne historie, których tak naprawdę żadne z nich się nie bało.
A gdy przekroczyli magiczną granicę wieku, osiągając pełnoletniość, całowali się na tyłach chaty, chcąc ukryć swe czyny przed innymi domownikami.
Lisa westchnęła, przypominając sobie te zdarzenia. Teraz nie miała czasu na takie zabawy. Liczyła się przecież tylko praca.

Gdy wróciła do ogromnej posiadłości van der Vaarów, pierwszą rzeczą, którą zrobiła, było przebranie się w szarą sukienkę dla służby. Zdjęła też zabłocone buty i wrzuciła do specjalnego kosza na brudne ubrania. Zaniosła mleko do kuchni, na co Martha, gospodyni domowa van der Vaarów, z wdzięcznością skinęła głową.
- Czy panienka już wróciła z balu? – spytała Lisa, siadając na krzesełku i opierając głowę na blacie. Szczerze mówiąc, już padała ze zmęczenia i taka chwila jak ta była dla niej cennym skarbem.
- Nie, na szczęście nie, Liso. Widzę, że jesteś wyczerpana. Masz, oto szklaneczka wody, dobrze ci zrobi. Popij sobie, skarbie. – Martha zafalowała obfitymi biodrami i postawiła przed nią kryształowe naczynie. Lisa rzuciła się na nią jak wygłodniały piesek na karmę i zmoczyła usta. Przypadkiem natknęła się też na gazetę z nowinkami towarzyskimi, gdzie przeczytała następujący artykuł.

Drodzy mieszkańcy Manhattanu! Droga Elito!
Odrzućcie fiolety i intensywne czerwienie, na czas dzisiejszy wyszły one z mody. Tymczasem bardzo dobrze przyjęto lekkie, ulotne błękity i biele. Nie tylko z okazji wielu ślubnych uroczystości, które najwyraźniej nam się szykują.
Panienka Anna van der Vaar, która w ostatnią niedzielę skończyła dziewiętnaście lat (módlmy się o spokojne życie dla tej dziewczyny), powinna wreszcie zasugerować swojemu mężczyźnie, Wiliamowi Johnsonowi, że czeka na oświadczyny.
My też trwamy w nadziei i sądzimy, że niedługo wszyscy razem będziemy świętować ich wesele.
Tymczasem Elizabeth Morgan i Isabelle Messershmidt nadal bez szans na szybkie zaślubiny. Współczujemy. Obu!
Z uściskami dla was wszystkich.


- Nie sądzisz, że to straszne? – Lisa rzuciła gazetę na stół i podniosła się z krzesełka. – To, że wszyscy o nich plotkują.
Martha uśmiechnęła się do niej pobłażliwie i oblizała wargi.
- Nie, kochanie. Skoro zewsząd przybiega im pomoc, żyją w luksusie, a jedyną rzeczą, jaką muszą robić, to pokazywać się na tych balach, uważam, że inni mogą sobie urozmaicać życie rozmawianiem o nich. I pisaniem. – Tu wskazała na artykuł i odwróciła się, żeby przygotować posiłek. Lisa spojrzała na nią z uznaniem. Mimo tego, że wciąż stała w kuchni i nie miała szans na edukację, wydawała się mądra i zdystansowana. Sama chciałaby taka być.
Z dworu dobiegły do nich odgłosy stukotu końskich kopyt. Wiedziały, że panienka Anna i jej rodzina właśnie przyjechały do domu, toteż pośpiesznie poprawiły spódnice i zbiegły na dół. Lisa podeszła do Anny, która właśnie wysiadła z powozu i wzięła od niej ciężki, bogato zdobiony płaszcz.
- Jak się panienka bawiła na dzisiejszym przyjęciu? – spytała uprzejmie, obdarzając swą panią ładnym uśmiechem. – Słyszałam, że miał się też zjawić sir William Johnson.
Anna strzepnęła niewidzialny kurz z ramienia i spojrzała na nią chłodno.
- Owszem, zaszczycił nas swoją obecnością, aczkolwiek na taniec z nim nie mogłam już liczyć. Był zbyt rozchwytywany. – Jej lewa brew podniosła się, jak zawsze, gdy się denerwowała. – Liso, myślę, że dziś już wystarczająco się napracowałaś. Możesz odpocząć.
- Dziękuję. – Lisa skłoniła się z wdzięcznością i pobiegła do swojej samotni.
Pokój, w którym mieszkała, był małą klitką z jednym posłaniem i szafeczką, do której
władowała wszystkie swoje drobiazgi. Miała ich zupełnie niewiele: szczotka do włosów po babce, kilka strojów, ukochane książki i spinka, którą kiedyś dała jej Anna. Mimo tego, iż żyła raczej skromnie, nigdy nie narzekała. Cieszyła się ze swojej posady i z tego, że często mogła rozmawiać z Martinem. To jej wystarczało. Kiedy ułożyła się wygodnie na swoim łożu, aby odpocząć po ciężkiej pracy, do jej pokoju wparowała Anna. Jej policzki były zaczerwienione, a oczy pełne blasku.
- Liso, przepraszam, że ci przeszkadzam, jednak pan Johnson postanowił nas odwiedzić, a ja potrzebuję miski z wodą rumiankową. Mogłabyś? – Anna wyprostowała się dumnie i zafalowała sukienką.
- Ależ oczywiście – odparła Lisa, schodząc z łóżka i stając naprzeciw Anny. Była od niej wyższa o dobre dziesięć centymetrów, dlatego ta kazała jej nosić obuwie na płaskim obcasie. Sama wkładała pantofle na szpilce, w których dorównywała jej wzrostem. Lisa, ukłoniwszy się, minęła swoją panią i pobiegła do łazienki, gdzie wlała do pojemnika nieco wody, a później wrzuciła do środka rumianek. Ta mikstura miała służyć lepszemu nabłyszczeniu włosów i stosowały ją wszystkie modne panny w okolicy. Lisa zaniosła ją do Anny, która uśmiechnęła się do niej lekko.
- Wiesz, Liso, czasem tak sobie myślę, że też mogłabyś należeć do naszej elity. Jesteś przecież śliczna i młoda, masz energię życiową i dobre maniery. Popracuj nad sobą jeszcze, to może coś poradzimy – powiedziała i wyszła z pokoju, zostawiając Lisę, która właśnie patrzyła na nią w osłupieniu.
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
tagi:
Manhattan, rok 1900.

Podobno miarą piękności kobiety jest wąskość jej talii, ilość posiadanych przez nią klejnotów i bladość cery. Przynajmniej tak uważał Adam van der Vaart, właściciel dobrze prosperującej, manhattańskiej firmy i bardzo okazałego majątku. Dlatego też posłał swą córkę do guwernantki, która uczyła dziewczęta w jej wieku, jak być kulturalną, młodą damą. Chciał, aby wyrosła na najbardziej szlachetną, nieskazitelną dziewczynę, która olśni wszystkim swym urokiem i wyglądem.
Nie wiedział, że Anna van den Vaart wcale nie jest zachwycona jego planami.
I może dobrze się złożyło, iż Matka Boska pozwoliła mu żyć w błogiej niewiedzy.
Bo inaczej wszystko potoczyłoby się… źle.

- Anno, tutaj! – Rudowłosa piękność o zachwycającej, alabastrowej cerze i kształtnych, małych ustach pomachała do niej ręką. Miała szmaragdową, bogato zdobioną suknię, maksymalnie zwężoną w talii i naszyjnik z diamentowymi wstawkami. Prezentowała się doskonale – zresztą, jak wszyscy goście na dzisiejszym przyjęciu. – Nareszcie przybyłaś. William już o ciebie pytał. – Nachyliła się, aby pocałować powietrze obok jej policzków.
Anna poczerwieniała zachwycona, a potem, skarciwszy się w duchu za prostackie zachowanie, zasłoniła twarz wachlarzem, dopasowanym do sukni. Niestety, stwierdziła ze smutkiem, że jej odzienie prezentuje się dość skromnie na tle kreacji przyjaciółki. Sukienka, którą włożyła na tę okazję, miała prosty krój i przyjemny, bladoniebieski odcień, mający podkreślać wydatność jej kości policzkowych.
Doskonale komponował się ze złotymi lokami, opadającymi swobodnie na jej proste plecy, jednak nie był szczególnie zachwycający. Anna pomyślała, że gazety tym razem nie poświęcą jej zbyt dużo miejsca w swym tekście. Cóż, czasem należy schodzić z pierwszego planu, kosztem własnej przyjaźni.
Isabelle ujęła jej ramię i wspólnie z nią przemaszerowała przez pomieszczenie.
Była to ogromna sala balowa, z wykafelkowaną podłogą, bogatymi, robiącymi ogromne wrażenie rzeźbami i białymi, przyjemnymi ścianami. Prowadziła do niezliczonej ilości pomieszczeń, z których każde było równie imponujące.
Anna i Isabelle zasiadły na jednej ze skórzanych, chłodzących ich skórę sof i omiotły wzrokiem przybyłych gości. Szczególnie długo przypatrywały się Elizabeth Morgan, która właśnie poszła w tany.
- Z pewnością szuka kandydata na męża. Och Boże, czy ona nie wie, że czerń to kolor pogrzebowy? – Isabelle przewróciła oczami i wygładziła swą cudowną sukienkę, jakby chciała podkreślić zły gust tańczącej.
- Jesteś okropna – zaśmiała się Anna, a jej oczy nabrały blasku. Choć nie przyznawała się do tego głośno, aby nie popsuć swojej reputacji, uwielbiała ploteczki z przyjaciółką. Były przecież jedną z niewielu form relaksu w jej wyczerpującym, sztywnym życiu. – Ale za to właśnie wszyscy tak cię uwielbiają. Dziś także jesteś gwiazdą wieczoru, Belle.
Isabelle uśmiechnęła się do niej z wdzięcznością i poprawiła kilka pasm włosów, które wyrwały się z jej koka. Uchodziła za rozkapryszoną dziedziczkę, której w głowie tkwią wyłącznie nieczyste myśli, ale mimo wszystko była ulubienicą mediów. I dumnie podbijała męskie serca.
Nie zdziwiła się więc, gdy przed nią stanął kolejny mężczyzna. Wzrokiem znawcy oceniła jego buty – były miękkie, ze skóry, z pewnością drogie – a potem, udając nieco zlęknioną, spojrzała na jego twarz. Z jej ust wyrwał się niechciany okrzyk zdziwienia, a policzki, była tego pewna, gwałtownie się zaczerwieniły.
- Mogę prosić panienkę do tańca? – William Johnson wyciągnął ku niej swą gładką, starannie pielęgnowaną dłoń i uśmiechnął się z typową dla niego nonszalancją. Isabelle niepewnie podała mu rękę i zatrzepotała rzęsami. William Johnson, czy tego chciała, czy też nie, był najbogatszym człowiekiem w mieście i, co ważniejsze, ukochanym jej przyjaciółki. Anna durzyła się w nim chyba od swoich ósmych urodzin, kiedy to się poznali. Zresztą wszyscy myśleli, że i on uległ jej niesamowitemu urokowi. Dlaczego więc teraz, zamiast skorzystać z okazji i oświadczyć się swojej ukochanej, chciał tańczyć właśnie z nią? Isabelle odwróciła się jeszcze na moment, żeby przeprosić Annę, lecz ta nie patrzyła w jej kierunku. Anna przykryła swą spąsowiałą twarz złotymi kosmykami, a na usta przylepiła sztuczny, zawsze się sprawdzający uśmiech. Choć tak bardzo starała się ukryć swą złość, to i tak wszyscy wiedzieli, że coś jest nie w porządku. Isabelle zwróciła swą twarz do Williama i pozwoliła mu położyć dłoń na plecach.
- Co ty, przepraszam, co pan robi, panie Johnson? – spytała z nutką pogardy i wbiła w niego oskarżycielskie spojrzenie. Zamiast odpowiedzieć, mężczyzna przysunął się jeszcze bliżej do niej, tak, że czuła jego oddech na swoim karku.
- Isabelle, nie żartuj. Może i Anna jest najpiękniejszą dziewczyną w okolicy, ale, bez urazy, jest też nieco nudna. – William zaśmiał się szyderczo prosto do jej ucha i odsunął na tyle, aby mógł spojrzeć jej w oczy. – A ty, z tego co się orientuję, lubisz dobrą zabawę, prawda? – Isabelle pisnęła cicho i strzepnęła jego rękę. Już miała zamiar odchodzić, kiedy William chwycił ją za nadgarstki i z powrotem przyciągnął. – Za tydzień wybieram się swoim luksusowym statkiem do Włoch. Zamierzam spędzić tam najcudowniejszy miesiąc mojego życia – mnóstwo szampana, słońca… brak mi tylko pięknej dziewczyny. Wchodzisz w to?
Isabelle położyła dłoń na swoim diamencie i wygładziła jego powierzchnię. Uwielbiała przygody i od zawsze skrycie marzyła o tym, żeby się stąd wyrwać. Miała dość nacisku rodziców i tego zakłamanego otoczenia. Chciała bezkarnie leżeć i nic nie robić, a przede wszystkim zapomnieć o tych wszystkich zasadach, które musiała stosować w życiu, jako wzorcowa panienka. Kiedy obróciła się wokół własnej osi jej śliczne loki podskoczyły, łaskocząc Williama w twarz. Zbliżyła się do niego na palcach i rzekła:
- Jako córka tego Messershmidta mówię ci – pannom w moim wieku i sytuacji nie przystoi brać udziału w takich przedsięwzięciach, jednak dziękuję za zaproszenie. – Skłoniła się przed nim i spuściła głowę. – Ale jako Isabelle powiem ci – oczywiście, że tak.


Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
tagi:

Mój Profil

Podlinkuj

Dodaj do ulubionych

2008
styczeń (1)
luty (4)
kwiecień (1)

brak kategorii (6)
wszystkie (6)

Layout by the vision & Yvi
Blog na Mylog.pl